Chyba każdy ma takie miejsce, do którego wraca – w myślach czy realnie. Nasze Duszpasterstwo jako taką bezpieczną metę obrało sobie uroczy dom w środku lasu. Miejsce, które przez jakiś czas dla wielu było tylko legendą, od zeszłego roku znów wpisało się w nasz wakacyjny terminarz.
Co nas tam ciągnie? Może to telefon, który na co dzień męczy, bo wciąż dzwoni, lub uparcie milczy, a w Maciejewie można go równie dobrze wrzucić do kominka (czego ze względu na środowisko nie polecamy), bo i tak nie ma zasięgu. Może to docenienie pracy, bo przecież woda sama się ze studni nie przyniesie, a obiad trzeba planować z dużym wyprzedzeniem (bo któż nie lubi myśleć o jedzeniu?!), bo rozgrzanie ogniem pieca może okazać się pracą na kilka godzin… ale kto by to liczył, skoro czas tam się dosłownie zatrzymuje (podobno kiedyś jednej z dziewczyn stanął tam zegarek)?
Ale… co można robić w lesie? Siedzieć w czterech ścianach i patrzeć jak „kawa na stole samotnie dymi” i pozostały już tylko „okruchy ciasta”? Jest to jakiś pomysł… idealny na napisanie piosenki, za co wraz z Duszpasterzem zabrało się kilkoro śmiałków.
Kiedy zabrakło nam ostatniego podmuchu cywilizacji, jakim przed rokiem był modem do wi-fi w… wychodku… postanowiliśmy wyjść do lasu. Czym to skutkuje? Masą śmiechu, spaniem na polu świeżo po żniwach, a także cudownym zbiorem kurek, które upychało się po kieszeniach, bo po co zabierać koszyk, gdy nie planuje się grzybobrania?
Mogliśmy docenić przyrodę (choć wszyscy zastanawiali się, po co komary? Może to jakiś spadek po dawno wymarłym zwierzęciu, które żywiło się tylko nimi?), patrząc godzinami w niebo pełne gwiazd, zbierając za dnia kwiaty i plecąc wianki… zachwytom nad stworzeniem nie było końca. Duszpasterz dwukrotnie widział nawet orła… i bynajmniej nie chodzi o cień!
Wspominaliśmy o wiankach? Dziewczęta uplotły jeden specjalnie na chwałę Pana – przy tak przystrojonym ołtarzu odbywały się nasze Msze św., czyli najważniejszy punkt programu – który uspokajał ducha, radował serce i budował wspólnotę. W naszym grafiku nie zabrakło także jutrzni ani nieszporów.
I chociaż nocne wyjścia do wychodka mogły się kończyć atakiem serca, to jednak był to wspaniały czas. Czas spędzony z Bogiem, drugim człowiekiem i naturą – cóż może być bardziej franciszkańskiego?

Wstecz